Próbując odrzucić wszelki obraz i wszelką opowieść, nie jesteśmy w stanie oddać ile „Moja Pierwsza Nieśmiertelność” zawdzięcza postaci Agnes, bohaterce powieści Milana Kundery pt. „Nieśmiertelność”. Równocześnie nie staramy się ukryć, że nasz seans zrodził się z fascynacji i inspiracji pracami Francesci Woodman, genialnej fotografki i performerki, która poznanie przejrzystej jak fotograficzna błona Istoty uczyniła sensem zarówno swojego krótkiego życia, jak i swej nagłej, samowybranej śmierci.
W domenie optyki przejrzystość jest fizyczną własnością umożliwiającą przejście światła przez materiał bez rozproszenia. Przeźroczystość jest jedną z podstawowych cech cieczy – substancji, które są zdolne do przepuszczania promieni świetlnych przez swoje nieskończone warstwy. Przeźroczystość wód powierzchniowych bywa różna, ale już wody podziemne są zazwyczaj całkowicie przeźroczyste. Pojęciem przeciwstawnym do kategorii przeźroczystości jest mętność. Gdy rodzimy się, nasze ciało w osiemdziesięciu procentach składa się z wody. Nasza przeźroczystość zmniejsza się z roku na rok, jakbyśmy – odchodząc od źródeł „ku światłu” – stawali się mętni.
W „Mojej Pierwszej Nieśmiertelności” zstępujemy w głąb przemijania i przejrzystości naszych ciał, wszelkich ciał, a zarazem ich utrwalonego obrazu, ich wiecznej (nie)obecności, gdzie Eros i Tanatos splatają się w jedno. Nie ufamy wiekowi fotografii, wiekowi pracy światła, który rodząc się, przyniósł największe w historii ludzkości zbrodnie i jakby bezwiednie, „przy okazji” utrwalił je ku potomności, ku bezprecedensowemu bałwochwalstwu zła. I bałwochwalstwu patrzenia na jego obraz bez końca, jakby nasze patrzenie zastępowało samego boga.
A jeśli składamy się z szeregu przylegających do siebie warstw, powłok, naskórków, których splecenie postrzegamy jako własne ciało?
Fotografia zdziera te warstwy – rozcina to, co niesłusznie zostało sklejone w akcie urodzenia, aby oddać nieśmiertelności – poprzez zadanie śmierci tej lichej powłoce cienia, który właśnie wpadł w pułapkę światła.
Fotografia jest skórą ściągniętą z mojego ciała. Jest albumem naskórków, przeniesionych przez światło. Kiedy fotografuję, patrzę na siebie umarłą.
Nie można podać dokładnej liczby wykonanych od początku historii fotografii zdjęć. Zrobiono ich pewnie kilkanaście bilionów. Każdego dnia robimy około pięciu miliardów zdjęć, 57 tysięcy fotografii na sekundę.
Wyobrażam sobie gazety przyszłości bez choćby jednego słowa, jednego zdania, żadnych informacji o mordach, pogromach, gwałtach, wypadkach. Żadnych dat, godzin, miejsc. A przede wszystkim żadnych zdjęć tylko delikatne, akwarelowe rysunki oczu świadków, którzy tam byli i w których oczach odbija się wszystko, co winniśmy zrozumieć. I rozumiemy to natychmiast i na zawsze.
Monika Wachowicz i Jarosław Fret
W Seansie wykorzystano utwór„Lament” (wg„Lamentu Didony” z opery H. Purcella, „Didona i Eneasz”) w specjalnym wykonaniu The Tiger Lillies (muz. Martyn Jacques, sł. Monika Wachowicz) a także „Santa Maria” Mireille Mathieu i „Introit Missa Vultum Tuum” zespołu Tempus Fugit z Korsyki.
Ponadto wykorzystano oryginalne nagrania materiałów audialnych: „Skończyć z sądem bożym” Antonina Artauda oraz „Psalm” Paula Celana (czytanego przez autora) oraz fragmenty powieści Milana Kundery „Nieśmiertelność”.
Dofinansowano ze środków budżetowych miasta Poznania #poznanwspiera
Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego





































